Love story ze spadającymi jabłkami na głowę

love-apples (2)
Strona

Przypadek czy może szczęśliwy zbieg okoliczności łączy dwoje ludzi? Naprawdę ciężko to stwierdzić. Jeszcze nikt nie wpadł na żaden błyskotliwy pomysł, który pomógłby znaleźć jakiś algorytm tworzenia związków. Każdy chciałby przecież znaleźć dla siebie liczbę pierwszą, bo takie liczby lubią wiecznie trwać. Są wyjątkowe, takie jedyne w swoim rodzaju. Każdy chce, aby jego druga połówka była wyjątkowa. Każdy też sam chce być wyjątkowy.

Mając dwadzieścia lat i głowę zaprzątniętą matematyką, zaczęłam się zastanawiać jak to naprawdę jest. Obserwowałam z boku pary i myślałam o tym, co przyporządkowuje danego człowieka do drugiego. Każdy ma swoje wymagania, standardy, które w połączeniu z życiowymi priorytetami dają obraz ideału. Jednak, gdy przekroimy jabłko na pół to czy dostaniemy dwie identyczne połówki? To zależy, ale w prawie wszystkich przypadkach – niestety nie. Ze wszystkich sił chciałam się przekonać na własnej skórze.

Tamtego pamiętnego dnia wybrałam się na samotny spacer. Moja najlepsza przyjaciółka od niedawna zaczęła się spotykać z naszym wspólnym kumplem, więc wolała spędzać czas z nim. No dobrze, może nie do końca. To ja robiłam wszystko, aby związała się z nim w końcu. Pasowali do siebie. Żałowałam, że nikt nie ustalił takiego planu dla mnie i nie znalazł mi chłopaka marzeń. Prawda jest taka, że byłabym wściekła i… Lepiej ominę ten temat.

Moim ulubionym miejscem do spacerowania było osiedle pełne domków jednorodzinnych. Było tam nadzwyczaj spokojnie i pusto. Zero ludzi, czyli idealne miejsce na rozmyślania. Nawet szczekanie psów mnie nie denerwowało tak jak zawsze. Tego dnia było wyjątkowo ciepło. Słońce jeszcze nie topiło asfaltu, ale spokojnie można było chodzić lekko ubranym. Moje nowiutkie zielone trampki cudownie prezentowały się wśród promieni słonecznych. Miałam wyjątkowo dobry humor i nawet na ten jeden dzień zapomniałam być pesymistką.

Odkąd pamiętam chodziłam środkiem ulicy, zresztą niezbyt ruchliwej. Tym razem nie wiem co mnie podkusiło, żeby chodzić ludziom po trawnikach. Sama trawa – nic specjalnego. Niespodziewanie coś spadło na moją głowę. Zgrzytnęłam zębami, łapiąc się za włosy. Spojrzałam pod swoje nogi i zauważyłam jabłka. Było ich mnóstwo! Uśmiechnęłam się pod nosem.

- Sorki!

Zaskoczona uniosłam głowę do góry, próbując znaleźć właściciela głosu wśród gałęzi. Kiedy go w końcu zobaczyłam od razu odskoczyłam, widząc kilka spadających jabłek.

- Nie oberwałabyś, gdybyś szła jak zwykle chodnikiem.

- Jak zwykle? – spytałam zdumiona. – Śledzisz mnie?

- Właściwie to powinienem tobie zadać podobne pytanie. Widuję cię tutaj dostatecznie często, aby stwierdzić, że chcesz kogoś spotkać.

- Po prostu lubię spacerować.

- I tylko spacerujesz?

- Tylko. – Uśmiechnęłam się, patrząc na zieloną koszulkę i brązowe spodenki chłopaka. – Fajny kamuflaż.

- Dzięki. Chcesz?

Nawet nie zdążyłam się zapytać o co mu chodzi, bo w ostatniej chwili złapałam w dłonie jabłko. Pooglądałam je z każdej strony.

- Jaka nieufna! Nie bój się, nie jestem żadną wiedźmą, która chce zabić kopciuszka!

Roześmiałam się.

- Chyba pomyliły ci się bajki, ale spoko.

- A to kopciuszek nie mieszkał z siedmioma krasnoludami?

Tym razem mój śmiech był głośniejszy. Nie umiałam się wręcz powstrzymać.

- Wiesz co? Jesteś pokręcony!

- Cała przyjemność po mojej stronie! A teraz pozwól, że wrócę do zbierania jabłek.

- Jasne. I dzięki!

Ostatni raz popatrzyłam w stronę gałęzi i odeszłam, chowając zdobycz do kieszeni.

Wieczorem, siedząc przy biurku i rozwiązując wyjątkowo skomplikowane zadania, moje myśli błądziły wokół tamtego zdarzenia. Próbowałam przypomnieć sobie twarz chłopaka, ale wszystko zdawało się mówić, że widziałam go po raz pierwszy w życiu. Spacerowałam tamtędy tysiące razy, ale nigdy go nie widziałam, więc nie rozumiałam jakim cudem on mnie widywał. Uśmiechnięta patrzyłam na jabłko. Idealnie zielone, delikatnie błyszczało w blasku lampki. Z jednej strony chciałam je zjeść, ale z drugiej… był czymś w rodzaju dobrego wspomnienia.

Przez kilka kolejnych dni zapomniałam o tym wszystkim. Chłopak w zielonej koszulce wyleciał z mojej głowy. Jabłko zjadłam zaraz następnego dnia, więc nawet ono nie mogło mi czegokolwiek przypomnieć. Byłam może jedynie bardziej zadowolona z życia. Przyjaciółka była tak zajęta rozkładaniem swojej wielkiej miłości na części pierwsze, że zapomniała o całym bożym świecie. Patrzyłam na nią szczęśliwa, że chociaż ona ma kogoś bliskiego, kogoś dla kogo jest kimś. Na studiach czas mijał szybko, znajomi żartowali, wciągali w swoje zabawne pomysły. Moje zielone trampki były w tylu różnych miejscach.

Minął pierwszy tydzień, a ja nic nie pamiętałam, albo po prostu nie chciałam robić sobie nadziei na coś czego nie było. Bo kto widział albo czytał, aby historie miłosne zaczynały się od uderzenia jabłkiem? Który amor rzucał jabłkami? Nawet to brzmi wręcz absurdalnie!

Ale spotkałam go znów. W supermarkecie. Zaszedł mnie od tyłu, akurat gdy wybierałam pomarańcze. Tak mnie wystraszył, że jedna z nich wypadła mi z rąk. Przerażona odwróciłam się w jego stronę i po chwili uśmiechnęłam.

- Chciałeś, żebym dostała zawału i prawie ci się to udało, ale następnym razem wystrasz mnie jak będę przebierała w nożach.

- Wtedy byś mnie dźgnęła i nici z cudownego love story.

Od razu zmusiłam się do nie doszukiwania się drugiego dna w jego słowach. Nie chciałam. Nie mogłam.

- Love story ze spadającymi jabłkami na głowę. Możesz już zacząć pisać, może to jakiś wariat wyda.

- Mówiłem serio.

- Jabłka są zdrowe, więc może wykorzystają ten motyw w jakiejś reklamie. W sumie, byłaby całkiem niezła! – Robiłam wszystko, aby zmienić temat. Nie w moim stylu było rozdzielania włosa na czworo i zastanawianie się, czy ten chłopak czegoś konkretnego ode mnie chce i czy tym czymś jest miłość. Co to, to nie! – Powinieneś spróbować! Ale ostrzegam, 50% kasy dla mnie.

Chłopak przyglądał mi się uważnie i ten jego uśmiech! Szybko skupiłam wzrok na czymś innym, byle nie na nim.

- Jesteś płochliwa i mnie nie słuchasz.

- Słucham przecież! Pomysł z reklamą ci się nie podoba? – Udałam zamyśloną. – Zawsze możesz spróbować z wiśniami, pomarańczami albo innymi owocami. Powinno wypalić.

Dlaczego, gdy zawsze byłam zbyt zdenerwowana to mówiłam zbyt dużo? Może i tym razem –wyjątkowo – mówiłam całkiem z sensem, ale nie zawsze mi się to zdarzało. Zresztą, nieważne. Chłopak parsknął śmiechem.

- Zabawna jesteś. Nie łatwo cię nie lubić.

- Aha, to dlatego oberwało mi się z jabłka? Bo mnie nie lubisz?

- No, nie do końca.

- Ok, rozumiem. Podeptałam twoją trawę. Racja! Masz pełne prawo się wściekać!

Zanim się zorientowałam, on już stał tak blisko mnie, że czułam ciepło bijące od niego. Na parę chwil mnie zmroziło.

- W fajny sposób się płoszysz, ale chyba pomarańcze czekają na ciebie.

- Z tego wszystkiego, chyba wezmę jednak jabłka. W końcu są zdrowe!

- Sama tak mówiłaś! Ja tam wolę te z mojego ogródka, a nie te zanieczyszczone modyfikacje. – Skrzywił się. – Nie powinnaś żadnych owoców stąd kupować. Wejdź kiedyś na mój trawnik to dam ci tyle owoców ile zechcesz.

- A co chcesz w zamian?

Nie wiem co mnie podkusiło, ale mój uśmiech spokojnie zahaczał pod flirt.

- Zastanowię się, ale z pewnością wolę dostać coś od dobrego serca.

Na moich policzkach automatycznie pojawiły się rumieńce. Co to była za rozmowa? Taka chaotyczna, momentami bez jakiekolwiek celu! Czułam, że zrobiłam z siebie totalną idiotkę, ale nic nie mogłam już odkręcić. Pozostało mi żyć z przeświadczeniem, że już nigdy więcej go nie zobaczę.

I akurat, gdy wracałam od znajomych w deszczowy wieczór, spotkałam go znowu.

Siedziałam na ławce pod drzewem mając nadzieję, że to uchroni mnie przed kroplami deszczu, jednak po paru minutach moje włosy były mokre, ubrania jeszcze w niektórych miejscach były suche – kwestia czasu. Autobus najwyraźniej nie chciał przyjechać. Dobry humor został przy ludziach, z którymi się świetnie bawiłam. Myślałam tylko o tym, jak bardzo jutro będzie bolało mnie gardło i o tych kilku paczkach chusteczek, które zużyje z powodu kataru. I tak niespodziewanie, ktoś podsunął mi jabłko. Zaskoczona podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się niepewnie.

- Dzięki, ale nie mam ochoty.

- Jabłko nalega.

- Nie, naprawdę…

- No nie rób mu przykrości! Czekało na ciebie całe dwa tygodnie!

Zaśmiałam się, na krótką chwilę zapominając o ulewie. Wzięłam je od niego i schowałam do torby.

- Zjem później.

Przyjrzałam mu się uważniej. Z bliska wydawał się zupełnie kimś innym. Miał czerwoną bluzę i czarne spodnie. Lubiłam czerwień. Uśmiechnęłam się do niego, bo również był cały przemoczony.

- Obydwoje wybraliśmy się nieprzygotowani. Ach ta pogoda!

- Autobus powinien już dawno przyjechać. Znowu się pewnie popsuł.

- Mnie to bardzo cieszy.

- Niby czemu?

Spojrzał na mnie w taki sposób, że odruchowo zawstydzona spuściłam wzrok.

- Zimno ci?

Pokręciłam głową.

- Zawsze nosisz przy sobie jabłka?

- Nie, ale wczesnym latem zawsze i tak aż do późnej jesieni.

- I rozdajesz je wszystkim?

- Pewnie pytasz o inne dziewczyny. – Uśmiechnął się w taki sposób! O mój boże! Byłam tak przerażona sytuacją, że modliłam się w duchu aby autobus w końcu przyjechał. – Nie, byle jakim nic nie daje. Zresztą, która teraz ucieszyłaby się z jabłka? Wolą dostawać kosmetyki, ciuchy i inne bzdety.

- Też lubię, to coś złego?

- Nie i wiesz co? Oddałbym ci swoją bluzę, gdyby była sucha.

Usłyszałam znajomy dźwięk silnika, więc uśmiechnęłam się. Powoli wstałam i chciałam się z nim żegnać, jednak pokręcił głową.

- Też nim jadę. Zresztą, wcale nie chciałbym się żegnać – powiedział wchodząc pierwszy do autobusu.

Chwilę stałam męcząc się z dziwnymi myślami. W końcu drgnęłam i wsiadłam. Niepewnie usiadłam obok niego i od razu zapatrzyłam się w szybę. Nigdy nie rozumiałam dlaczego tak się blokowałam, kiedy ktoś próbował mnie poznać od zupełnie innej strony. Niespodziewanie złapał mnie za rękę, zdumiona odwróciłam głowę.

- Nie słuchałaś mnie. Znowu.

Siedząc przy nim i patrząc w jego twarz, mój żołądek ścisnęły nerwy, które pojawiły się nie wiadomo skąd.

- Zawsze mi powtarzano, aby nie rozmawiać z nieznajomymi.

Roześmiał się, chociaż mi wcale do śmiechu nie było. Przemoczona i na dodatek w niezbyt dobrym humorze, marzyłam o cieplutkim łóżku i kubku gorącej czekolady. Obecność chłopaka nawet trochę mnie irytowało i nieważne, że w cudowny sposób się uśmiechał i tak w ogóle był całkiem niezły. Wolałam pokazać mu się w najfajniejszej wersji siebie – oczywiście chodziło mi o nierozmazany tusz, suche ciuchy i ułożone włosy.

- Ostatnio chciałem ci się przedstawić, ale stwierdziłem, że pewnie jestem kolejnym z wielu, więc odpuściłem.

- Kolejnym z wielu? Dobre sobie. Czy ja wyglądam jak… pierwsza lepsza? – spytałam, może zbyt głośno, bo kilka osób spojrzało w naszą stronę.

- Sorki, źle to zabrzmiało. – Uśmiechnął się, rozbrajając mnie kolejny raz. Jak on to robił? – Po prostu zobaczyłem cię taką pełnią życia… Nawet nie wściekłaś się, że zrzuciłem na twoją głowę jabłka i pomyślałem, że…

- Zrzuciłeś celowo na mnie jabłka?!

- Nie moja wina!

- No jasne! Bo tak ciężko spojrzeć w dół!

- Coś ty taka drażliwa? Jeszcze kilka minut temu uśmiechałaś się.

Przymknęłam na chwilę oczy, próbując się uspokoić, bo czy to jego wina, że padał deszcz i zmokłam?

- Przepraszam, nie lubię deszczu.

- Czyli pewnie kłócisz się ze swoim chłopakiem w deszczu, tak? Żeby ewentualnie, gdybyś nie miała racji, zrzuciła winę na biedny deszcz?

Spojrzałam na niego zdumiona.

- Z chłopakiem? – powtórzyłam nie bardzo rozumiejąc. – Czy każda dziewczyna musi od razu mieć chłopaka?

- Wyglądasz na taką, która powinna go mieć.

- Coś ci się pomyliło, jestem samotna. Znaczy się, nie taka samotna samotna, ale raczej sama, bez chłopaka.

Chłopak parsknął głośnym śmiechem.

- Wiesz co? Fajna jesteś.

Uśmiechnęłam się, uciekając wzrokiem w bok.

- Jak masz w końcu na imię?

- Marcin.

- Magda.

- MM, całkiem ładne połączenie.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

- Wiesz co? Fajny jesteś.

W jednym momencie spojrzeliśmy sobie w oczy.

- A ty naprawdę śliczna.

Nie wiem nawet czemu, mój wzrok ześlizgnął się w dół, na jego usta. Magia chwili trwała ułamek sekundy, ponieważ nagle stanęła nad nami wysoka szatynka, zaznaczając swoją obecność dość głośnym kaszlnięciem. Omiotła mnie niezbyt przychylnym spojrzeniem, po czym nachyliła się w stronę Marcina i pocałowała go prosto w usta. Krótko, bo krótko, ale jednak.

Poczułam bolesne ukłucie. W mojej głowie nigdy nie zakwitła myśl, że on może sam ma dziewczynę. Potrzebowałam kilku sekund, aby zrozumieć, że jego pytania dotyczące mojego potencjalnego chłopaka miały coś na celu. Chciał mieć po prostu czyste sumienie! „Idiotko, coś ty sobie znów ubzdurałaś? W ogóle go nie znasz!” – naskoczyłam na siebie samą w myślach, odwracając od nich wzrok.

Nie minęła minuta, a ona zaczęła ćwierkać do niego jak zakochany ptaszek. Z każdym jej „kochaniem”, coś w moim sercu drgało w niezbyt przyjemny sposób. Postanowiłam wysiąść na nieswoim przystanku czym narażałam swoje ciuchy na doszczętne przemoczenie, zresztą to była z pewnością lepsza opcja niż słuchać jak dwoje zakochanych osób sobie słodzi.

Wysiadając, nawet na nich nie spojrzałam.

Marcin mnie nie przedstawił swojej dziewczynie i nawet nie odczuwałam chęci jej poznania. Nie umiałam nazwać tego co czułam. Rozczarowanie? Przykrość? Zawód? Żadne z tych uczuć nie przedstawiało w pełni tego, co czuło moje biedne serce. A najgorsze w tym wszystkim było to, że kiedy nazwał mnie śliczną to moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Przez moją głowę przebiegła myśl, że może mu się podobam i może naprawdę ucieszył się ze spotkania. Było wręcz na odwrót! Byłam skłonna wziąć te wszystkie miłe słowa jako grzecznościowe formułki, które wciskał każdej nowopoznanej dziewczynie. Byłam tylko ciekawa, czy jego obecna wiedziała coś na ten temat.

Tak, jak myślałam, przemokłam tego dnia do suchej nitki. Pełna żalu i nieopisanego smutku stanęłam w drzwiach mieszkania ze łzami w oczach. Na pytania matki nie chciałam odpowiadać. Łzy udało mi się zamaskować dzięki temu przeklętemu deszczowi. Zamknęłam się w pokoju i oparłam się plecami o drzwi, marząc, aby następnego dnia wszystko co się wydarzyło straciło dla mnie znaczenie.

Płakałam przez cały wieczór. Oglądałam głupie seriale, które rzekomo miały mnie rozśmieszyć. Zjadłam dwie tabliczki czekolady, wypiłam podwójną porcję czekolady na gorąco i nawet zjadłam ciastka, których od zawsze nie znosiłam. W głowie jednak ciągle widziałam Marcina z tą dziewczyną.

„Idiotko, czym ty sobie głowę zawracasz? Facet to zwykły podrywacz! Nie jest ciebie wart, więc skończ ryczeć! Nie zazdrość jej, tylko współczuj, bo w końcu trafiła na autentycznego dupka!” – myślałam w przerwach między wycieraniem oczu rękawem. Wszystko na nic!

Jednak następnego dnia nie było wcale lepiej. Od wieczornego płaczu bolała mnie trochę głowa, a w ustach czułam posmak wczorajszej czekolady. Skrzywiłam się, no nigdy nie objadałam się na noc niczym słodkim. „Zawsze musi być pierwszy raz” – pomyślałam. W jeszcze gorszy nastrój wprawił mnie sam fakt, że była sobota. A co się z tym wiązało? Siedzenie cały dzień w pokoju i gapienie się w sufit, bo przecież nie wstrzyknę sobie żadnego poprawiacza humoru i nie pokażę się w takim stanie znajomym. I znów zaczęłam myśleć o Marcinie i całej tej popapranej sytuacji. Po co? Sama nie wiem, może miałam odruchy masochistyczne?

Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk komórki. Sms od mojej przyjaciółki bardzo mnie zdziwił „Hej, siostruniu! Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia! Wpadnij do mnie na małą imprezkę! Tak dawno cię nie widziałam, że musimy się razem zabawić!”. Nie miałam ochoty na żadne jej imprezy, które wyprawiała średnio raz w miesiącu, ale wszystko było lepsze niż siedzenie i gapienie się w ścianę, zastanawiając się co jest ze mną nie tak.

Przez 2 godziny byłam zajęta przygotowywaniem się na imprezę. Moja głowa przepełniona była kombinacjami ubraniowymi oraz tym, co ubierze sama organizatorka, bo nie chciałam zbytnio odstawać. Postanowiłam w końcu, że ubiorę jedną z moich niewielu sukienek. Z mojej strony było to prawdziwe szaleństwo, ponieważ już wszyscy przyzwyczaili się do mnie w dżinsach. Wzruszyłam ramionami stojąc przed lustrem w granatowej sukience. Przerzuciłam wszystkie włosy na jedną stronę i obróciłam się bokiem. Nie wyglądałam tak źle. W ostatniej chwili zdecydowałam się też na bardzo delikatne loczki, po czym upięłam włosy na bok. Podkreśliłam oczy. Najbardziej jednak rozbawiła mnie moja rozkmina nad butami. Na obcasie czy baleriny? Już byłam zdolna ubrać trampki, gdy przypomniało mi się, że do takiej sukienki średnio pasują.

I kiedy już tak stanęłam gotowa w przedpokoju to nagle dotarło do mnie, że dość sporo czasu byłam w stanie zająć moje myśli ubraniami, makijażem i butami. To odkrycie dało mi wiele do myślenia. Obiecałam sobie, że gdyby sprawa z Marcinem nie dawała mi dalej spokoju, to po prostu zacznę wgłębiać się w modę i zostanę stylistką roku!

Idąc do domu przyjaciółki miałam w głowie mętlik, a w moim sercu panował totalny chaos. Pierwsze co zrobiłam, to wybrałam  taką drogę, aby nie znaleźć się choćby kilka metrów od domu Marcina. Byłam wręcz pewna, że jego dziewczyna podstawiłaby mi nogę, abym się przewróciła, a potem mnie wyśmiała. Nie wiem, dlaczego o tym pomyślałam i dlaczego w ogóle wzięłam po uwagę, że ona by tam na mnie czekała. Miałam stanowczo zbyt wybujałą wyobraźnię.

Przyjaciółka na mój widok aż klasnęła w dłonie z radości. Rzuciła mi się na szyję i ściskała tak mocno, jakby mnie nie widziała z tysiąc lat. Dosłownie! Byłam zaskoczona jej reakcją, ale również nie ukrywałam radości. Fajnie było się tak znowu z nią spotkać – jak za starych dobrych czasów. W drodze do salonu przywitałam się z naszym wspólnym kumplem. Z tego co zauważyłam to bardzo mało brakowało im do bycia razem. W salonie napotkałam grupkę kilku osób. Znałam może 3 czy 4, ale reszta to były same nowe twarze, więc wróciłam do przyjaciółki i jej prawie-chłopaka.

- Świetnie wyglądasz! – powiedziała, świdrując mnie wzrokiem.

- Koczujesz na konkretnego chłopaka? – spytał kumpel.

Spojrzałam na nich zaskoczona, po czym parsknęłam śmiechem.

- Ja? Koczować? Chłopak? Nie brzmi to trochę… absurdalnie? Przecież w życiu nie miałam chłopaka i cały czas starałam się wyglądać w porządku! Sukienka musi od razu być łączona z chłopakiem? Taki schemat nie działa w moim przypadku! Co to, to nie!

- Nie za dużo trochę mówisz?

Spłoszyłam się, naprawdę. Przyjaciółka zaczęła patrzeć się na mnie w podejrzliwy sposób, a to oznaczało masę trudnych pytań. I kiedy już chciałam uciec, powiedziała:

- Zakochałaś się. Ty się naprawdę zakochałaś!

Wybuchłam trochę zbyt nerwowym śmiechem. I chociaż się nie zakochałam, to wiedziałam, że istota sprawy, która mnie męczy tkwi w tym chłopaku. Dlaczego ja go w ogóle musiałam spotkać?

- Nie zakochałam się! Od razu tak trzeba? Nie ma innej drogi?

- No dobra – rzuciła konspiracyjnie. – W takim razie, wpadł ci ktoś w oko.

- O matko! Nawet gdyby, to co z tego?

Przyjaciółka pierwsze co zrobiła, to wyprosiła swojego prawie-chłopaka, po czym podeszła do mnie.

- To widać, wiesz? Bez happy endu?

- Niby czemu?

- Nie wyglądasz na szczęśliwą.

Zamrugałam kilkukrotnie powiekami, aby odgonić nieproszone łzy.

- Ma dziewczynę.

- Przecież ty nie…

- Nie wiedziałam o tym – przerwałam jej natychmiast. W końcu obie miałyśmy pewne zasady, a jedna z nich mówiła o tym, że nie niszczymy związków innym. – Nagle pojawił się w moim życiu i chociaż bardzo próbowałam, to nie potrafiłam potraktować tego jak zwykłej znajomości. Marcin ciągle robił jakieś aluzje, a ja nie zrozumiałam, że to były chyba żarty.

- Chyba żarty?

Po krótce opowiedziałam jej, jak to wszystko wyglądało. Dorzuciłam wiele swoich komentarzy, aby nawet nie próbowała myśleć, że od razu ten chłopak wpadł mi w oko. Co to, to nie! Nawet nie myślałam o nim w takich kategoriach, ale on coś w sobie miał. O matko! Dlaczego nie mogłam dostać na wszystko odpowiedzi? Najlepiej takich, które powiedziałaby mi wszystko.

- Przecież on cię podrywał! Bez dwóch zdań! Jaka świnia!

- Nieważne. Było, minęło. Pewnie go już nie spotkam.

- Powinnaś mu nieźle nagadać! – powiedziała zbulwersowana. – Czemu mu nie walnęłaś z liścia?

Popatrzyłam na nią z politowaniem.

- Po co? On jest dla mnie nikim. Pojawił się szybko i szybko odszedł. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, skoro już dawno podłoga została wytarta i kupiono nowy kartonik.

Przyjaciółka wywróciła oczami.

- No dobrze, chodźmy potańczyć!

Owszem, tańczyłyśmy. Ona z kumplem, tym prawie-chłopakiem, a ja sama pośród ludzi, których praktycznie nie znałam. Trudno było mi się odnaleźć, jednak kiedy zamknęłam oczy, powoli zaczęłam się uspokajać, a muzyka odganiała wszystkie moje myśli. I byłoby mi nadal tak cudownie błogo, gdyby nagle ktoś nie objął mnie do tyłu. Gwałtownie otworzyłam oczy, odwracając się w stronę śmiałka.

Przecholerny zbieg okoliczności! Naprawdę! Miałam ochotę krzyczeć ze złości!

- Marcin? Co ty tutaj robisz?

- Zostałem zaproszony.

Wyglądał jak ktoś, kto nie bardzo wie co ma powiedzieć. To było coś nowego.

- Twoja dziewczyna pewnie cię szuka – rzuciłam bez kpiny i już chciałam się do niego odwrócić, kiedy niespodziewanie złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. – Co ty wyprawiasz? – syknęłam.

- Tańczę.

- Twoja dziewczyna nie będzie zadowolona.

- No masz rację, nie jest.

Byłam wściekła! Aż nosiło mnie ze złości! Co za perfidna świnia! Zaczęłam się z nim szarpać, jednak na nic to się zdało. Był silny i nieustępliwy, jak na idiotę.

- Tak bardzo to lubisz?

- Co?

- Ją ranić?

Przez chwilę zobaczyłam zaskoczenie malujące się na jego twarzy.

- Gdyby tak prędko nie uciekła z autobusu, to pewnie by nie miała powodu do cierpienia.

Stanęłam jak wryta.

- Słucham? Co jej o mnie powiedziałeś? Jak mogłeś?!

- Magda, co ja jej mam mówić, skoro ona zna siebie najlepiej na świecie?

- Skończ mówić zagadkami! – podniosłam głos bliska płaczu. Jak on mógł tak grać na uczuciach? I to nawet nie chodziło o te moje, ale o jego dziewczyny! – I wracaj do niej!

Odwróciłam się na pięcie i poszłam do przedpokoju. A on za mną.

- No dobra, nie zapytałem jej czy będzie ze mną. Fakt, mój błąd. – Co on w ogóle gadał? – Ale jest taka śliczna, że już wszystkim kumplom powiedziałem, że jest moją dziewczyną. Szkoda tylko, że moja tępa przyjaciółka odstawiła taką szopkę. No cóż, bywa.

- Naprawdę nic z tego nie rozumiem.

Marcin spojrzał mi prosto w oczy z tym swoim łobuzerskim uśmiechem.

- Magda? Naprawdę? A za kim tak się uganiałem?

- Nie wiem?

Westchnął ciężko, marszcząc czoło.

- To jest trudniejsze niż myślałem – powiedział do samego siebie. – Pamiętasz kiedy spadło ci jabłko na głowę? Tylko w taki sposób mogłem zwrócić twoją uwagę, bo zawsze byłaś zamyślona! Nie zezłościłaś się, a nawet zaśmiałaś! Aluzji do kopciuszka z siedmioma krasnoludkami nie zrozumiałeś, ale zostało ci to wybaczone.

- Streszczaj się.

- Potem codziennie siedziałem na tym drzewie i ciebie wypatrywałem. Prawie dostałem szału, kiedy wieczorem wracałem do domu rozczarowany. Pomyślałem, że masz faceta, ale kiedy spotkałem cię w supermarkecie nie wyglądałaś na taką zajętą. Chciałem cię podpytać, ale brakło mi odwagi, dopiero potem w autobusie jakoś mi się udało. Na nieszczęście pojawiła się wtedy moja przyjaciółka, która cię nie skojarzyła. Jej zdaniem miałaś wredny wyraz twarzy i z pewnością nie byłaś mną zainteresowana, więc…

- I ja mam ci w to uwierzyć?

Chłopak uśmiechnął się i wskazał ręką za siebie, gdzie ta jego niby-dziewczyna całowała się właśnie z wysokim brunetem.

- Jej chłopak?

- Właśnie wróciła do swojego chłopaka. Nie myśl o niej źle.

- Wiesz, że to w ogóle się nie trzyma? Od kiedy przyjaciółka całuje swojego przyjaciela? Nie wierzę ci! I w ogóle, po co ty się tłumaczysz?

- A powinnaś! Jak chcesz to ją zawołam. Nie ma sprawy.

Nie miałam absolutnie żadnej ochoty rozmawiać z tą dziewczyną, bo co? Miałam zrobić z siebie zazdrosną idiotkę? Nie znałam w ogóle tego chłopaka i tym bardziej nie miałam do niego żadnego prawa. Mógł robić co chciał.

- Skończmy tą rozmowę. Jest i tak bezsensu.

I wtedy on zrobił coś zaskakującego. Przyparł mnie do ściany i pocałował. Na początku raz. Byłam jednak tak zdziwiona, że pozwoliłam mu i na drugi. Długo zajęło mi analizowanie sytuacji, ale kiedy już chciałem zwyzywać go od najgorszych, wyszeptał do mojego ucha:

- Od kilku miesięcy się w tobie podkochuję, może pora byś w końcu mnie zauważyła? – Odsunął się troszkę ode mnie zapytał całkiem poważnie: – Pozwolisz mi uczynić cię szczęśliwą?

I nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale uśmiechnęłam się i rzuciłam mu na szyję.

- I tak w ogóle, wyglądasz cudnie!

- I tak w ogóle, żadnych przyjaciółek!

- Ta przyjaciółka to i tak piąta woda po kisielu.

W tym momencie parsknęłam śmiechem tak głośno, że od razu zakryłam sobie dłonią usta.

I tak naprawdę żadne przyporządkowywanie nie występuję w miłości. Dwoje ludzi musi po prostu się jakoś spotkać, dać szanse losowi, aby ich ze sobą poznał i zaryzykować, chociażby potem miałoby się serce złamane.

Miłość jest po prostu nieprzewidywalna.

Koniec

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>