ROZDZIAŁ 2

honeymoon-rose-leslie-harry-treadaway
Standardowy

Nie potrafię spać. Boję się zamknąć oczy, żeby znowu nie zaczęły nachodzić mnie te okropne koszmary. Obracam się z boku na bok i proszę w duchu, żeby to się wreszcie skończyło. Mam dość oglądania mamy, która…

Czuję jak pojedyncza łza wolno spływa po moim policzku. Pozwalam jej spaść na poduszkę.

Już myślałam, że coś się zmieniło. Było dobrze. Przez tydzień. Mogłam spokojnie przespać całą noc i budziłam się rano bez bólu głowy, jak i bez kiepskiego samopoczucia. Nie miałam czerwonych i opuchniętych oczu. Czułam się w miarę dobrze.

Próbuję nie myśleć i skupić się na spaniu, ale do moich uszu dochodzi odgłos kropel deszczu bębniących o parapet. Otwieram oczy i wpatruję się w szyby. Jestem jak w transie, bo spadające krople mają taki sam dźwięk, jak wtedy …

Chcę zepchnąć te straszne wspomnienia w sam kąt głowy, ale nie udaje mi się.

Siedziałam na łóżku i słuchałam muzyki, podrygując lekko w jej rytm. Na kolanach leżała moja ulubiona książka, którą przeczytałam kilkadziesiąt razy, bo przywoływała same dobre wspomnienia. Miałam bardzo dobry humor. Przerzuciłam kolejną kartkę w tym samym momencie, w którym drzwi do mojego pokoju niespodziewanie otworzyły się i stanął w nich przerażony ojciec. Ściągnęłam słuchawki i zapytałam go, jak zwykle w takich momentach, czy gdzieś się pali.

Tata wcale się nie roześmiał. Spojrzał na mnie swoimi smutnymi oczami, po czym wychrypiał, że mam się szybko ubierać, bo zaraz musimy być w szpitalu. Próbowałam coś z niego wyciągnąć, jednak z zerowym skutkiem.

Ubrałam się najszybciej jak umiałam, nawet się nie uczesałam. Zbiegłam szybko po schodach, po czym wypadłam z domu, jedynie zatrzaskując za sobą drzwi. Wsiadłam szybko do auta, a tata od razu ruszył.

Jechaliśmy w milczeniu. Próbowałam zacząć rozmowę, ale ojciec nie wydawał się być chętny. W końcu, zrezygnowana, zaprzestałam dalszych prób i zaczęłam patrzeć przez szyby. Minęliśmy centrum miasta i właśnie kierowaliśmy się na jego obrzeża, gdy zauważyłam duży znak z nazwą szpitala, znajdującego się dwa kilometry od nas. Zaczęłam się nawet zastanawiać, po co mnie do niego wiezie. Czyżby to był kolejny żart? Tylko, że mi wcale nie był już do śmiechu. Ojciec nigdy nie był dobry w te klocki, a teraz była taki poważny, tak śmiertelnie poważny…

Zahamował z piskiem opono na wprost głównego wejścia. Wysiadłam równocześnie z nim. Tata zapomniał nawet zamknąć drzwi, a kiedy go wołałam – nie reagował. Lekko poirytowana pobiegłam za nim, dalej go wołając. Z trudem łapałam oddech, wspinając się po schodach. Kiedy go wreszcie dogoniłam, stał przed salą operacyjną. Zaskoczona, zapytałam, po co mnie tu przywiózł i, że jeśli to żart, to mi się on wcale nie podoba i mnie nie śmieszy. Tata spojrzał na mnie, a ja dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo błyszczą mu się oczy. Przerażona, usiadłam na krześle.

Nie, błagam, przecież to nie może być nic poważnego – powtarzałam sobie w myślach.

Tata kucnął przede mną i złapał mnie za dłonie.

- Kochanie… – Przymknął oczy, wzdychając cicho. – Mama miała wypadek.

Zamilkłam. Nie byłam w stanie wydusić z siebie choćby jednego słowa. Dużo czasu zajęło mi przeanalizowanie sytuacji i stwierdzenie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Zaczęłam się nawet zastanawiać, dlaczego to musiało właśnie ją spotkać. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że ona… może umrzeć. Byłam wręcz pewna, że z tego wyjdzie. Już planowałam, w jakich godzinach będę ją odwiedzać i co będę jej przynosić. Miałam zamiar codziennie robić porządne zakupy. Myślałam już o tym, co będę przygotowywać tacie na obiad, pod nieobecność mamy, chociaż nie mam żadnego talentu kulinarnego.

Ale, gdzieś głęboko w środku, miałam nadzieję, że szybko wypuszczą ją ze szpitala…

Sekundy wolno zamieniały się w minuty, a te w godziny. Czekanie było najgorsze. Czułam jak żołądek skręca mi się z nerwów. Krążyłam po korytarzu, co chwilę przystając i zerkając przez ramię w stronę sali operacyjnej.

Nic się nie działo. Otaczała mnie idealna cisza. Gdy już myślałam, że za chwilę oszaleję, drzwi otworzyły się i wyszedł do nas lekarz. Podchodząc do nas, ściągał mokre rękawiczki. Otarł dłonią pot z czoła i spojrzał na nas ze współczuciem.

- Państwo Dobrowolscy?

Ojciec skinął głową.

- Niestety, mam dla państwa bardzo przykrą wiadomość. – Przełknęłam z trudem ślinę, wyczekująco się w niego wpatrując. – Pacjentka nie wytrwała do końca operacji.

Zamknęłam oczy, zaciskając mocniej powieki i oparłam się o ścianę. Czułam ogromny ciężar na żebrach, który nie pozwalał mi oddychać. Zaczerpnęłam porządny haust powietrza, ale to mi nie pomogło. Zsunęłam się na zimną posadzkę i objęłam mocno ramionami.

Nie, przecież to na pewno nie moja mama. Pomylił się! To nie ona.

Czułam, że moje ciało opanowuje pustka. Ledwo zdążyłam otworzyć oczy i spojrzeć na tatę, a chwilę później już nic nie widziałam. Rozpłakałam się, a łzy nie pozwoliły mi dostrzec niczego innego…

Wtulam twarz w poduszkę, żeby stłumić łkanie.

Doskonale wiem, że nie potrafię już sobie pomóc. Przestaję panować nad swoim ciałem, nie mówiąc już o atakach histerii, które mnie dopadają za każdym razem, kiedy tracę kontrolę.

Zaciskam mocniej palce na brzegu poduszki.

Jeśli mnie słyszysz, nie pozwól mi już być słabą. Daj mi siłę, żebym to przeżyła. Proszę, mamo.

*

Następnego dnia, gdy tylko wchodzę do szkoły, od razu dopada mnie Aga.

- Gdzie byłaś? Umyślnie, chcesz się spóźnić na godzinę wychowawczą? – buczy.

- Spokojnie – mówię i mijam ją, kierując się w stronę naszej sali. – Dzwonek zadzwoni dopiero za dwie minuty – uspokajam ją.

- Gdybyś przyjechała wcześniej, zdążyłabym ci coś pokazać.

Ma minę obrażonego dziecka, na którą nie daję się nabrać.

- Straszne! – Wywracam oczami. – A nie możesz mi tego pokazać na następnej przerwie? – Kręci głową. – Niby czemu? – drążę.

- Bo już widzę, jak zareagujesz, kiedy ci to zaproponuję.

- A niby skąd to wiesz?

- Chyba cię znam, co nie? – Kiwam głową. – No właśnie.

Ostatecznie, zbywam ją machnięciem ręki i wchodzą do klasy. Nie mam nastroju na te dziwne gierki słowne, które tak uwielbia ze mną prowadzić. Zamiast powiedzieć wprost, o co jej chodzi, woli mówić półsłówkami, a potem czepiać się, że nie traktuję jej poważnie.

Ledwo siadam w swojej ławce, kiedy obok pojawia się Sandra. Kuca koło mojego krzesła i wbija we mnie zniecierpliwiony wzrok.

- A więc będziesz startować? – pyta.

- Niby w czym?

- No, w…

- Sandra, zaraz zacznie się lekcja – syczy zdenerwowana Agnieszka, machając niecierpliwie dłońmi, wyganiając ją.

Dziewczynie, oczywiście, posłusznie odchodzi, więc obracam się w stronę przyjaciółki.

- Co ty kombinujesz?

- Nic – mruczy, unikając mojego wzroku. Przyglądam się jej podejrzliwie. – No, naprawdę nic!

- Mam nadzieję – mamroczę, obracając się przodem do tablicy, ponieważ do klasy wchodzi nauczycielka.

Chwilę później zostaje sprawdzona obecność. Z przyczyn oczywistych, wychowawczyni wyczytawszy moje nazwisko, odnajduję mnie wzrokiem i przypatruje mi się przez dłuższą chwilę.

- Cudownie – jęczę, bo doskonale wiem, co to oznacza.

Powiedzieli jej.

Tylko nie rozumiem, po co? Kogo obchodzi moja tragedia? Mogę przysiąc, że pod koniec lekcji każe mi zostać na chwilę, na przerwie.

Wychowawczyni wstaje zza biurka i wychodzi na sam środek klasy.

- Chciałabym przeznaczyć tą godzinę na zapoznanie się z wami. – Uśmiecha się życzliwie. – Chcę poznać wasze dobre, jak i złe strony. Oczywiście, mam nadzieję, że tych drugich nie ma. – Odpowiada jej cisza. – No cóż – wzdycha. – W każdym bądź razie, chcę, aby po kolei, każdy z was, przedstawił się i krótko opowiedział o sobie, swoich zainteresowaniach, jak i miłych życiowych doświadczeniach, dobrze? – Znowu cisza. – No dobrze, więc zacznijmy od rzędu pod oknem.

Z ogromnym ociąganiem, każdy z uczniów zaczyna mówić o sobie. Niektórzy wygadują kompletne brednie, aby podlizać się wychowawczyni. Kiedy zaczyna mówić Kamil, zduszam w sobie chęć parsknięcia śmiechem. Nie powiem, jego charyzma jest rozwinięta na bardzo wysokim poziomie. Wie, jak ma przekonać do siebie ludzi, ale często niepotrzebnie to wykorzystuje i zamiast nabywać przyjaciół, zbiera sobie wrogów. 

Czekam na swoją kolej. Widzę, że Agnieszka też, bo nie potrafi wysiedzieć na miejscu z powodu tego podekscytowania, którego nie rozumiem. Przyszła pora na rzecz, której od zawsze nienawidziłam. Nigdy nie lubiłam o sobie mówić, bo nie jestem żadną snobką, ale skoro szkoła wymaga ode mnie takiego poświęcenia, to dlaczego nie? Nie mam zamiaru wspominać o mojej przygodzie ze śpiewaniem, jak i z publicznymi występami. Nikogo to nie powinno interesować.

Cały tamten rozdział zamknęłam w gimnazjum. W liceum nie odważyłam się wejść na scenę i zaśpiewać. Nie mam na to siły z różnych powodów.

Z zamyślenia, wyrywa mnie głos przyjaciółki:

- Nazywam się Agnieszka. Moim hobby jest oglądanie różnych seriali, zaznaczam, nie telenowel, tylko seriali. Nie pogardzę dobrym filmem, jak i jakąś dobrą muzyką. – Wzrusza niedbale ramionami. – I to chyba na tyle.

- Dziękuję, Agnieszko.

Teraz moja kolej. Wychowawczyni wbija we mnie wzrok, po czym kiwa lekko głową. Cała klasa odwraca się w moją stronę, w skupieniu czekając na to co powiem. Na niektórych twarzach widzę cień zainteresowania, a nawet – cień nadziei, że jednak się zmieniłam… Niestety, muszę ich rozczarować.

- Na imię mi Martyna. Nie mam zainteresować, oprócz słuchania muzyki. Dziękuję.

W klasie zapada cisza. Nieświadomie, siłuję się z nauczycielką na spojrzenia.

- Pani profesor, Martyna świetnie śpiewa – odzywa się Kamil.

Poirytowana, zgrzytam zębami. Kto go pytał? Wychowawczyni za to uśmiecha się do mnie serdecznie.

- To wspaniale! Liczę, że będziesz występowała w szkolnych przedstawieniach. – Uśmiech zamiera na jej ustach. – Oczywiście, jeśli tylko będziesz miała na to ochotę – dodaje.

Kiwam tylko głową i odwracam wzrok.

Dalsza część klasy zaczyna dalej o sobie opowiadać, a ja znowu wyłączam się i uciekam myślami w nieznanym kierunku. Wyobrażam sobie, że jestem sama w tym pomieszczeniu. Nie ma nikogo. Jestem tylko ja. Tylko nie wiem czemu, ściany nabierają koloru świeżej trawy…

Drgam, gdy czuję jak ktoś mną delikatnie potrząsa.

- Marti, obudź się.

Patrzą na przyjaciółkę, która przygląda mi się z troską.

- Nie spałam – cedzę przez zaciśnięte zęby.

Aga posyła mi rozłoszczone spojrzenie.

- Tylko mi nie mów, że znowu jesteś wkurzona – mówi, wstając.

Nie odzywam się, tylko gapię się na ławkę.

Czuję w sobie złość, którą muszę z siebie wyrzucić i to natychmiast. Jestem pewna, że za chwilę eksploduje. Duszę w sobie ten odruch, mając nadzieję, że mi przejdzie. Nie umiem nawet stwierdzić, skąd wzięła się ta wściekłość. Przecież Kamil tylko wspomniał o moim rzekomo ładnym głosie.

 Oddycham z ulgą dopiero w momencie, kiedy do klasy wchodzi Rafał. Uśmiecha się do mnie serdecznie.

- No i jak tam? – pyta.

- Nic ciekawego. – Chrząka znacząco. – Czego chcesz?

- A, czy ja zawsze muszę czegoś chcieć? Nie mogę już przyjść do przyjaciółki i…

- Zawsze kiedy chrząkasz, czegoś chcesz – przerywam mu, patrząc na niego wyczekująco.

Rafał przygląda mi się przez chwilę, aż w końcu mówi cicho:

- Nic twojej mamie nie zwróci życia, więc bądź znowu sobą. Błagam.

Osłupiała, wpatruję się w jego twarz kompletnie rozbita.

Zamiast mu cokolwiek odpowiedź, mijam go i wychodzę z klasy. Staram się powstrzymać łzy, co chwilę zaciskając mocniej powieki, ale bezskutecznie, bo łzy i tak płyną.

*

Przez cały dzień chodzę po szkole przygnębiona i wcale tego nie ukrywam. Staram się chodzić tylko tymi korytarzami, którymi nie chodzi Rafał. Nie potrafiłabym stanąć z nim twarzą w twarz, a tym bardziej po tym, co powiedział. bo ma rację.

Już dawno powinnam być sobą.

Nie brakuje mi tamtej siebie, ale nie wiem, czy dam radę być dalej sobą bez mamy. Życie na tym świecie po jej śmierci, straciło dla mnie sens. Ile razy już chciałam zamknąć się w swoim pokoju i tak przesiedzieć całą wieczność? Najgorsze jest to, że nie potrafię sobie z tym wszystkim poradzić. Uciekam w naukę, byleby tylko ograniczyć możliwość zastanawiania się nad życiem, nad sobą. Liczę, że pewnego dnia ból sam odejdzie i będzie znowu dobrze. Wiem, że się mylę, bo ten dzień nie nadszedł i pewnie, nigdy już nie nadejdzie.

Jestem zdana na siebie i jeśli uda mi się jakoś z tego wybrnąć to dobrze, jeśli nie to trudno… jakoś to przeżyję. Pytanie: czy moi przyjaciele też?

Jestem im naprawdę wdzięczna za to, co dla mnie robili przez ten długi okres, jednak nie jestem w stanie w żaden sposób odwdzięczyć się im za to. Po prostu, nie potrafię. Przez te kilka miesięcy przestali mnie obciążać swoimi problemami, więc praktycznie nie mam pojęcia, co teraz dzieje się w ich życiu. Tyle razy chciałam zapytać, co u nich słychać, czy może znaleźli sobie kogoś, ale zawsze milczałam.

Jeśli tak dalej pójdzie to pewnie ich stracę, a tego nie chcę, bo kto chciałby stracić przyjaciół?

Wychodząc ze szkoły, zauważyłam grupkę ludzi okupujących tablicę ogłoszeń. Zastanawiam się, czemu jest tam tak dużo dziewczyn, a w ogóle, czemu tam jest tak dużo ludzi, skoro nigdy nikt nie czytał szkolnych informacji. Lista z zastępstwami zawsze cieszyła się popularnością, ale aż taką?

Mijam ich i wychodzę ze szkoły, chociaż jestem bardzo ciekawa, co tam było napisane.

W domu nikogo nie ma. Tata wraca zawsze z pracy około osiemnastej, a więc mam jeszcze trzy godziny do jego powrotu. Kolejne trzy godziny, żeby się nad sobą użalać i wepchnąć się jeszcze głębiej do tej przepaści, nad którą stoję już od roku. Ostatnio zbyt często płaczę, gdy jestem sama w domu. Nie chcę dokładać tacie zmartwień, a tym bardziej teraz, kiedy ma problemy w pracy. Bycie kierownikiem wcale nie jest łatwe – przekonałam się o tym na własnej skórze, pełniąc funkcję przewodniczącej klasy w gimnazjum, dlatego doskonale rozumiem tatę.

Idę na górę, żeby zostawić u siebie torbę i wrócić na dół, jednak wychodząc ze swojego pokoju zauważam, że drzwi do sypialni rodziców są otwarte. Biorę głęboki wdech i idę je zamknąć, lecz gdy tylko kładę dłoń na klamce, fala wspomnień zalewa moją głowę. Odskakuję od drzwi jak oparzona i zamykam je szybko nogą. Znowu zwilgotniały mi oczy, ale staram się o tym nie myśleć. Przymykam na chwilę oczy, uspokajając się tak długo, aż czuję się normalnie.

Schodzę na dół i zabieram się do przygotowywania obiadu. Jednak szybko zdaję sobie sprawę, że muszę poczekać na tatę, bo nie potrafię gotować. Stawiam wodę na herbatę, po czym siadam przy stole. Wyciągam przed siebie ręce i cicho wzdycham.

Ile to jeszcze ma trwać? Jak długo, mam być nieobecna w tym świecie, odtrącać przyjaciół, którzy chcą mi pomóc? Jakie nowe znajdę sposoby na to, żeby usprawiedliwić swoją słabość?

Czuję, że znowu zbiera się mi na płacz. Przełykam głośno ślinę i biorę głębszy wdech.

Od roku w domu panuje przerażająca cisza, jakiej nigdy nie było. Jestem w stanie usłyszeć najdrobniejszy szmer, dochodzący z mojego pokoju. To staje się coraz bardziej okropne. Niby żyję i czuję, ale jednak dalej jestem zamknięta na wszystko, co mnie otacza.

Kompletna beznadzieja.

Podskakuję na krześle, kiedy gwizdek zaczyna gwizdać. Zalewam sobie herbatę i znowu siadam przy stole. Powinnam zamówić pizzę, aby tata znowu się o mnie nie martwił. Pewnie od razu zauważy, że nic nie jadłam i znowu zacznie uważnie przyglądać się mi przez kilka następnych dni, martwiąc się, że mi się pogorszyło.

Wzdycham

Jeśli tak dalej pójdzie to zniszczę życie wszystkim swoim bliskim. Naprawdę. Nie mogę ich tak w kółko obciążać swoimi zmartwieniami, problemami, smutkami i bólem. To jest moje, a więc to ja powinnam się z tym uporać, a nie oni.